The last dance: kilka obserwacji

W ostatnim czasie ukazała się seria filmów dokumentalnych, zatytułowana „The Last Dance,” która opowiada historię jednej z najlepszych drużyn w historii NBA – Chicago Bulls – no i oczywiście jej najlepszego gracza, Michaela Jordana. Jako były (ale za to dość zagorzały) kibic NBA, wszystkie odcinki obejrzałem z wielkim zainteresowaniem. Na myśl nasuwa mi się kilka obserwacji.

Po pierwsze, przyznam, że Phil Jackson nigdy specjalnie nie przemawiał do mnie jako trener. Jego sposób prowadzenia drużyny wydawał mi się obcy, a podejście zbyt wyluzowane. W filmie miałem okazję poznać jego inną stronę. Zobaczyłem trenera, który bardzo dobrze zna się na strategii koszykówki. Ten aspekt jego kariery zawsze będzie niedoceniony ze względu na zawodników i drużyny jakie trenował. Pomimo swojego dorobku, zarzucać się mu będzie, że każdy potrafiłby wygrać mająca Jordana lub Bryanta. To kłamstwo, bo co innego mieć gwiazdy, a co innego trenować je tak, aby w pełni osiągnęły swój potencjał. Trener Jackson potrafił zarządzać zawodnikami najwyższego kalibru jak nikt inny i za to go podziwiam. On nie bał się swoich gwiazd. Może szkolił je w niekonwencjonalny sposób, ale zawsze miał „świeże” podejście, które nie podważało jego autorytetu trenerskiego.

Po drugie, z perspektywy czasu ewidentne jest to, że Jordan przydarza się raz na 1000 lat. Ale, że tego faktu nie byli w stanie pojąć działacze Chicago Bulls jest dla mnie wielkim szokiem. Sześć tytułów NBA w ciągu ośmiu lat. Jedna z największych dynastii w historii koszykówki, a działacze szykują się na.. odbudowę?! W filmie Jordan i inni deklarowali swoją chęć pozostania na jeszcze jeden rok. Cztery zwycięstwa NBA z rzędu kusiły wielkiego mistrza, ale nie działaczy. Zamiast tego, zwolniono trenera Jacksona, Jordan przeszedł na emeryturę, a reszta drużyny została rozbita. Po 22 latach od emerytury Jordana, Chicago Bulls nie odnotowali jeszcze ani jednego występu w finałach, a drużyna dalej się „odmładza.” Przynajmniej biurokraci mają zajęcie.

Sam Jordan nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Dla mnie jest on najlepszym koszykarzem w historii. Ale chciałem bardziej poznać prawdziwego Michaela, a tego w filmie nie było. Lata sławy pewnie wyrobiły w nim taki mechanizm obronny, bo Jordan nawet otwierając się pozostał zamknięty. Ucztą za to było zobaczyć jego talent i dominację na boisku. Do takiego poziomu nie dochodzi się wyłącznie ciężką pracą, z tym się trzeba urodzić. Kobe Bryant mówił jaką lekcją było dla niego zmierzenie się z Jordanem po raz pierwszy: „mogłem go dotknąć, poczuć, zobaczyć jaki jest silny i szybki.” Bryant dodał dalej: „ludzie nas porównują, zapominając, że wszystko co wiem, wiem od niego [Jordana].” Tak wypowiada się inny pół-bóg świata koszykówki. Talent Jordana był ewidentnie oślepiający, nawet dla innych najlepszych graczy w historii.

Bardzo wzruszył mnie także Karl Malone. Ileż trzeba mieć odwagi, siły, i integralności aby po przegranym finale wejść do autobusu Chicago Bulls i po raz kolejny pogratulować zwycięskiej drużynie. Nie bez powodu, Dennis Rodman wypowiadał się o nim w największych superlatywach na kartkach swojej autobiografii.

Wracając jednak do Jordana, są aspekty jego historii, które niestety nie zostały w filmie poruszone. Na przykład, Charles Barkley do dziś opowiada o głębokiej przyjaźni jaka łączyła tych dwóch panów. Niestety, z różnych powodów ta relacja zostałą naderwana 20 lat temu, i do tej pory nie jest naprawiona. Jordan, jako największa gwiazda NBA, otaczał się lojalnymi ludźmi. Ta lojalność okazała się jednak zgubna w perspektywie długoterminowej. Jego doradcy podobni są do Klakiera, który zrobi wszystko aby Gargamel go nakarmił. Problem Jordana  – co zresztą zarzuca mu sam Barkley – polega na tym, że w zamian za posłuszeństwo odciął się od ludzi, którzy są w stanie powiedzieć mu prawdę; a nie to, co chce usłyszeć. Dopóki Jordan grał w koszykówkę, nie miało to większego znaczenia. Jednak jako menadżer i działacz w NBA, Jordan od lat znany jest jedynie ze swoich porażek. Okazuje się, że dominacja w jednej dziedzinie, wcale nie musi przenosić się na inne płaszczyzny (nawet te pokrewne). A izolacja od (rzetelnych) informacji jest zawsze zgubna.

About the author

Translate »
error

Enjoy this blog? Please spread the word :)

Share